piątek, 29 października 2010
Toruńska ekipa wzięła udział w rajdzie charytatywnym, którego meta znajdowała w stolicy Turcji. Pojechali dużym fiatem

Krótki odpoczynek w czasie trasy, tu na granicy węgiersko-rumuńskiej. Na zdjęciu od lewej: Andrzej Czeczko, Bartek Głuśniewski i Tomek Bolimowski. Fot. uczestników.


Siedem tysięcy kilometrów po to by pomóc dzieciom z domów dziecka. Jednym słowem połączenie przyjemnego z pożytecznym. Ale po kolei.
Złombol to rajd, który ma przynieść korzyści przede wszystkim potrzebujących dzieciom - każdy startujący musi zdobyć datki od sponsorów na minimum pięćset złotych - ale także musi dostarczyć wrażeń uczestnikom. Ciekawostką Złombolu jest fakt, że poza wpisowym, kolejnym warunkiem jest wyruszenie w trasę konkretnie sklasyfikowanym samochodem. Może być to auto osobowe, bądź ciężarowe, autobus, motocykl czy motorynka, ale koniecznie o komunistycznej koncepcji lub produkcji , o wartości nie przekraczającej tysiąca złotych! Syrena, Trabant, Wartburg, Wołga lub Warszawa i tak dalej. „Nasi" pojechali Fiatem 125p. Poza reakcjami napotykanych po drodze ludzi i ekstremalnej trasy nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło - dwudziestoletni „Duży Fiat" spisał się na medal. - Raz spadła nam wycieraczka i raz zapchał się spryskiwacz, poza tym samochodów w niczym nas nie zawiódł - mówi Andrzej Czeczko, uczestnik rajdu. - Inne ekipy, których łącznie był sto dwadzieścia jeden, miały mniej szczęścia. Nie wszyscy wrócili do domu swoim pojazdem. Ale trasy były bardzo wymagające, jechaliśmy miedzy innymi słynnymi odcinkami w Rumuni: Trasą Transfogarską i Transalpiną.

Ale żeby dojechać trzeba było się odpowiednio przygotować. Toruński Fiat pod lupą właściciela był przez kilka miesięcy przed startem.- Fiatami interesuję się już od kilku lat. Im więcej się o tym samochodzie wiem, tym większy strach o to, co może się posuć. Wszystko co wymagało naprawy zostało szczegółowo przygotowane. Oczywiście ze sobą zabraliśmy podstawowe elementy: układ zapłonowy, dwa koła zapasowe, łańcuchy na koła z obawy o górskie odcinki - opowiada Andrzej.

I na koniec dodaje. - W styczniu dowiemy się, gdzie pojedziemy w przyszłym roku na Złombola, mamy nadzieję że pobijemy tegoroczny rekord i zbierzemy więcej niż sto pięćdziesiąt tysięcy.

środa, 13 października 2010

Uczestnicy wyprawy - dziennikarze radiowej Trójki Tomek Gorazdowski i Michał Gąsiorowski spędzili cztery miesiące na „kanapach” - motocyklowych siodłach. Odwiedzili 19 krajów, przejechali ponad 21 tysięcy kilometrów. Podróżowali przez pustynny Iran, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i Amerykę Północną. Napisana żywym językiem, pełna humoru książka jest zapisem ich wyprawy - przygód, spotkań z ludźmi, zmagań z upałem, kurzem, własnym zmęczeniem i biurokracją. Przede wszystkim jest jednak pochwałą życia niestroniącego od wyzwań i wypełnionego ciekawością świata, obowiązkową lekturą dla obieżyświatów, niespokojnych duchów i niestrudzonych poszukiwaczy przygód.

Książka opowiada o dramatycznych przygodach w Iranie, starciach z indyjską rzeczywistością, azjatyckim raju, który potrafi być piekłem i walce z amerykańską biurokracją...” - opowiada autor, Tomek Gorazdowski. „Jednak przede wszystkim chciałbym, by była dowodem na to, że jak się bardzo chce, to można osiągnąć prawie wszystko. Mam nadzieję, że w nasze ślady pojedzie wiele osób, którym po przeczytaniu tej książki będzie po prostu łatwiej. Wtedy będę miał poczucie, że na coś się przydałem” - dodaje.


126 dni na „kanapie”. Motocyklem dookoła świata”, autorstwa Tomka Gorazdowskiego

Tekst za inf. pras. wydawnictwa Bezdroża

środa, 06 października 2010

Fot. Marcin Łaukajtys

Dwa, czy cztery kółka? Salonowe, czy może używane. Sprawdziliśmy motoryzacyjne gusta torunian na targach Moto-Tor.

- W oko wpadły mi motorowery-stwierdza jeden z odwiedzających targi.- Cztery kółka już mam, ale szukam alternatywy. Mieszkam za mostem, więc samochodów nie zawsze się sprawdza. Codzienna przeprawa to straszny kłopot. Taki motorowerek pali dwa litry, kosztuje niecałe pięć tysięcy. Super sprawa, tylko jeździć i oby lato było dłuższe.

Kolejny gość buszował wśród salonówek.- Nowy samochód to inwestycja na dłużej. Uwagę zwracam szczególnie na moc, przyspieszenie, ale także wygląd zewnętrzny.

Wiele osób porównywało ceny. – Zainteresowały mnie samochody marki Tata. Nie odbiegają od aut znanych marek, a ceny grubo niższe. Trzeba się nad tym zastanowić.

Wybierać było w czym. W Toruniu pojawiło się wiele nowości, a wystawcy prześcigali się w chwaleniu ich atutów. –  Tata Indica Vista, to model premierowy z września tego roku – mówi Piotr Sawicki z Z&Z Auto Złomańczuk. – Samochód kosztuje mniej niż konkurenci w tej klasie, a mimo to ma bardzo bogate wyposażenie- klimatyzacja, ABS, poduszki powietrzne, centralny zamek, wspomaganie kierownicy- samochodem jeździ się już bardzo komfortowo.

Dla tych, którzy lubią przestronne auta- Freelander 2. – Raczej luksusowy suw, niż terenówka. Od aut terenowych nie odbiega, ale daje nam również duże możliwości w poruszaniu się po miejskiej dżungli, bez odczuwania niedoskonałości naszych dróg- zachęca Monika Brzozowska z firmy JLR.

Zainteresowanie budziły nie tylko samochody, czy jednoślady, ale i akcesoria. Myśleliśmy także o zbliżającej się zimie i o eksploatacji. – Przed zimą warto zbadać akumulator. Dowiedzieć się czy przetrwa on najbliższy sezon, czy lepiej zaopatrzyć się w nowy- podpowiada Wojciech Kosiński z firmy Hurtozbyt. – Bardzo często po prostu zaniedbujemy nasze akumulatory, do czynienia mamy z chemią, o której nie każdy wiele wie. Sprawdzić stan akumulatora można jedynie przy użyciu specjalistycznego sprzętu.

 

Żaneta Lipińska-Patalon


fot. Marcin Łaukajtys

 

poniedziałek, 04 października 2010

fot. M. Wawrzyniak

Zdewastowany? Tylko pozornie! Samochód wygląda jak wrak, a w rzeczywistości jest w pełni sprawny techniczny.

To nowy trend w tuningu zwany rat&roost. Choć jeszcze mało popularny w Polsce to już bardzo kontrowersyjny. Jedni uważają, że to po prostu oszpecenie samochodu, inni za swoje umiejętności w pozornej dewastacji zgarniają nagrody. Do grona tych drugich należy Michał vel Smyq, jego Fiat 126p z 1991 roku na zdjęciu.

Podstawa to kontrolowane niszczenie auta na zewnątrz. Ma wyglądać jak nie do użytku, a w rzeczywistości zaskakiwać swoimi możliwościami. Efekt rzeczywiście robi wrażenie.- Jeszcze nie spotkałem się z negatywnymi reakcjami ludzi, a jeżeli zatrzymuje mnie policja to jedynie z czystej ciekawości. Każdy wyróżnia się na swój sposób- stwierdza Michał.

Właściciel auta zdobył już kilka nagród za swój nietypowy tuning, miedzy innymi w zeszłym roku trzecie miejsce w konkursie ogólnopolskim, a także pierwsze miejsce za najlepszy tuning Fiata 126p na ogólnopolskim zlocie „Maluchów” w 2009 roku.

Jak zaznacza Michał mimo, że może tego nie widać, auto pochłonęło już niezłe nakłady finansowe.

znajduje się na zdjęciu. - Wbrew pozorom samochód jeździ i ma się bardzo dobrze- zapewnia Michał. - Różnica polega na tym, że jest w całości zardzewiały, lekko obniżony, ma zmodyfikowany silnik (około 38 KM), do tego trochę gadżetów rodem z PRL-u. W tym stylu jest podstawowa zasada: im gorzej, tym lepiej- śmieje się Michał.

 

 

Tagi